'Chodzić własnymi drogami nawet po obcych lądach...'
Fotoblog o podróżach; o odkrywaniu piękna w 'niepięknie', o zapachach historii i barwach architektury.
Ale i o poszukiwaniu na proscenium świata własnego "więcej", które wyraża się w codziennym życiu i jego akapitach.
Prawdziwe sekrety często pochowane są w gęstwinach lasu.
Tym bardziej latem, gdy toczy się tam wystawna uczta, co dnia z inaczej zapadającą kurtyną; ptasie koncerty, mrówcze budowy, lisie drzemki w norach lub żabi rechot nad sadzawkami...
Nie powinno więc dziwić, że gdy tylko ujrzałam, iż niespełna kilometr nad nami wisi pełne niebieskie niebo, wynagradzające wszystko, co negatywne, od razu zainicjowałam wyjście poza cztery białe ściany. Przegrzałam się na wskroś, poraniłam kolana wspinając się na strome ostańce, zmoczyłam adidasy wdeptując w schowane pod liśćmi kałuże...
Lecz dzięki temu powstał nowy reportaż, a jego naczelnym motywem był Jar Heidentor.
Zatem do konkretów -> przyr(g)oda wzywa !:
Fotografia: barwne plamy na kwadratowej powierzchni, gra pół-świateł z pół-cieniami.
Zaś gra promienistej żółci z zieloną naturą i przebijającym błękitem niebios to moja najulubieńsza:
Panie i Panowie, pozwólcie że przedstawię - Mr Heidentor:
Nie byłabym sobą, gdybym nań nie wlazła ;):
Dla dopełnienia - wstawki z jesieni:
Po drugiej stronie znajduje się płaski spad w dół, ale tam już nie wykonywałam zdj. w obawie przed ewentualnym potknięciem się (czyt. - kontuzją i utratą sprzętu ;)).
Z kolei na przeciw jaru stoi kamienisty stożek.
Któż go tutaj ułożył i po cóż zostawił..?
Dalsza wspinaczka.
Fakt, iż rezyduję w górach sprawia, że pikniki w tak pięknych okolicznościach stanowią mój chleb powszedni. A jak powszechnie wiadomo - choć swą codzienność doceniamy, to jakoś rzadko myślimy o jej pokazywaniu.
Zatem pokazuję:
I widoczek z góry osładzający wszelkie trudy dotarcia na ów wyboisty grzbiet:
Po trzygodzinnej przechadzce zostały nam frytki w pobliskiej knajpce, chłodzący cydr oraz rozmowy o kolejnych podbojach.
Najpierw bić zaczęły dzwony Kościoła na odległym wzniesieniu.
Ich
brzmienie niosło się po głuchych skałach, po krzewach, rzecznej toni... Odpowiedziały im
słowiki strunami pełnymi energii, melodyjności. Potem dołączyły wrony i wróble. Ich arie mieszały się ze śpiewami tyluuu innych ptaków z niezliczonych zarośli... Teren rozbrzmiewał niczym wyspa rajskiego ptactwa.
Wtem powróciła pamięć i przemówiły usta, coraz bardziej zniekształcone, prawie że niesłyszalne..
Ciepło uderzyło do głowy:
- "Wejdźmy w głąb tego pasa zieleni... może gdzieś tam będzie ?..." - mruknęłam rzucając zachęcające oczko w kierunku poweselałej twarzy W.
Ojcowski Park Narodowy ścielił się tajemnymi znakami:
Miało kropić... ażeby pigułka była strawniejsza, zabrałam nawet parasol.
"Lecz czy moje piękne oczy nie widzą jaśniejącego punktu tam, w górze, ponad głowami ?" - pomyślałam i podeszłam w lewo.
Przede mną prężył się drewniany obiekt sakralny.
Wyraźnie styl szwajcarsko-ojcowski, na co wskazywały elementy architektury alpejskiej widoczne na wieżyczce-sygnaturce; po oględzinach wnętrza dostrzegłam z kolei trendy zakopiańskie, modne na początku 20 wieku.
Z Tablicy wyrecytowaliśmy, iż Kaplicę "Na Wodzie" postawiono w 1901 roku nad potokiem Prądnik.
Ponoć jej niezwykłe usytuowanie wynikało z wyminięcia w
ten sposób carskiego zakazu budowania na ziemi ojcowskiej.
Ostentacyjnie obeszłam kapliczkę dookoła, tak jak obchodzi się nieruchomy pomnik:
Potem ślady ostatnich wiosennych kretów zaprowadziły nas do zamkniętej pagórami
doliny, jakiej dno zajmował Parking.
Wchodząc w ten pejzaż czułam jak owija nas prawie niewyczuwalny duch Natury.
Wydeptana ziemia dodatkowo wyorana bruzdami opon narzucała temu jałowemu
poletku nieestetyczny rygor.
Zamek wyrastał posępniałymi murami na wapiennych olbrzymach omiatanych wiatrem.
Była to
średniowieczna budowla bez zbędnych zdobień, zebrana w szczelny wielokąt o szarych ścianach, prawie ślepych. Twarz tego budynku stanowiły wjezdne [nie gwiezdne ;-)]Wrota, zaś bryłę wieży wyróżniał spadzisty dach:
Ze skryptów wiadomo, iżwarownięwzniesiono za Kazimierza Wielkiego w połowie XIV w.
Tradycja głosi, że pierwotnie brzmiąca tytulatura Ociec, została nadana przez samego króla na pamiątkę walki o tron jego ojca, W. Łokietka, który znajdował schronienie w okolicznych lasach:
Widok na Ojców z góry.
Oniemiałam tym widokiem:
Potem starsza kobieta w ubrudzonym fartuchu pokierowała nas ku Szlakowi Orlich Giazd.
Z jej domostwa emanowała kompletna, dzika cisza:
Gdy wtem -ni stąd ni zowąd - pojawiło się jakieś podziemne wejście.
- "A może znajdziemy go w środku ?" - zaproponowałam podminowana:
Była tokrasowa Jaskinia Łokietka (znana niewłaściwieGrotą Łokietka) w Dolinie Sąspowskiej pod zboczem Chełmowej Góry.
Miał się w niej chować ów władca przed wojskami czeskiego żołdaka, Wacława II.
Jestestwo ocalił mu pająk, który zasłonił otwór pajęczyną,
wprowadzając w błąd pościg.
Pamiątkę po tym stanowi Brama w kształcie pajęczej
sieci.
Szata naciekowa
jaskini zaliczała się raczej do ubogich. Korytarz Główny zaprowadził nas do Sali Rycerskiej, z
której zeszliśmy sztucznie przebitym tunelem do Sypialni, a następnie
do Kuchni, gdzie ze stropu zwisały korzenie drzew.
W między czasie przed oczyma przemknęła mi notka, że łączna długość tych komór wynosi 270 metrów, a temperatura opada do -8 °C toteż
pożałowałam, że nie zabrałam ze sobą żakietu ani choćby kardigianu.
Zabrałam za to aparat:
Niedługo potem w poczuciu niemodnej dziś
zachwycalności schowałam go, bo nagle wydałam się sobie śmieszna z
tym sprzętem w dłoni, podczas, gdy inni tylko obserwowali.
Na szczęście po chwili opamiętałam się i znowu go wyjęłam ;):
- "Nigdzie go nie ma !" - krzywiliśmy się z coraz dotkliwszą pustką w sercu.
Udziesięciokrotnioną:
"Dochodzimy do kresu (sił). Co kwadrans wparci o jakiś murek, drzewko, słup, ale dochodzimy." Pod skrzydłami zarośli, które ledwo rozjaśniały ścieżkę, za pan brat z niepokojem.
"Jeszcze trochę i będzie Dolina Prądnika. A po dolinie Brama Krakowska..." - myślę w sobie. I uśmiecham się do siebie.
Wkrótce To się skończy;
"Jednak przecież Bóg nigdy nie przestał mnie wspierać i porzucać na zmianę"...
Jest i brama. Utworzona z piętnastometrowych głazów.
W świetle tradycji miał tędy prowadzić szlak handlowy ze Śląska do Krakowa -> ale
tak naprawdę żadne wiarygodne źródła o tym nie mówią, co nie znaczy, że głosy tradycji należą do bezzasadnych:
W dalszym ciągu powitały nas dwa wąwozy - Skałbania oraz Ciasne Skałki, przez jakie na szczęście przecisnęliśmy się bez komplikacji ;).
Z boku przepływało Źródełko Miłości. Zaczerpnąwszy wody z jego czarodziejskiego lustra ruszyliśmy dalej:
W pewnym momencie dojrzałam Go "nadlatującego" z oddali.
Jegomość galopował, co koń wskoczy.
Mijając nas przystał i podał upierścienioną rękę niczym rycerz podaje kwiat swego rycerstwa:
- "Jestem Przemysław" - odparł Przemysław.
Z nieba padał deszcz drażniących pyłków, przed którymi nie była w stanie uchronić mnie żadna parasolka. Ani żadne wymowne 'ojczenasze'...
Zielone draperie niby wzlatujące kruki łopotały na wietrze, kiedy nagle ustało całe ćwierkanie ptaków
/gdzieś w trawie grał tylko świerszcz, delikatnym i świeżym dźwiękiem/.
- "Mam dla Was mapę i dalsze wskazówki. Zechciejcie tylko odetchnąć w chacie; porozmawiamy, a potem odprawię was wozem" - argumenty ad hominem nie dawały się odrzucić:
Dachem starej chaty było już tylko wygwieżdżone sklepienie nieba. Nie wyglądała, jakby miała odgrywać ważką rolę na proscenium tej misji. Prawdopodobnie celowo nie miała wyglądać. Najistotniejsze, że układanka zaczynała tworzyć zbitą całość.
Dookoła rozrastały się sklepy, jakich nie wieńczyła żadna wieża, nie przyozdabiał żaden filar.
I tak umierał ten dzionek, najdziwniejszy z dziwnych, ukrywając swe skarbce za ostatnimi promieniami słońca
. . .