09 października, 2011

W muzycznej dolinie łagodności.

METALLICA - 'Orion'



Mam małą niespodziankę ---> w tym odcinku nie będzie pleneru.
W zamian będą migawki, które można by zatytułować "Muzyczne wspomnienia".
Doby pod znakiem fleszów, braw, cieni i rozbłysków. Dźwięków. Prozaicznych opowieści, które tak na dobrą sprawę da się interpretować wedle indywidualnej percepcji.

Zagadnienie w prawdzie nie obejmuje działu 'Turystyka', jednak właśnie ono mi się zwizualizowało, kiedy obmyślałam projekt nowego wpisu - choć na dłuższą metę przecież to też rodzaj podróży. Swoistej podróży tunelem w czasoprzestrzeni.

\Ba, nawet nie próbuję opisywać, jaka czuję się uniesiona słuchając ukochanej muzyki. Euforia niczym cała urodzajność Matki Ziemi !!!/



A zatem do sedna:

Było lato i od nocki niebem przechadzały się deszczowe chmurzyska; mżyło i siąpiło nad tym nieszczęsnym miasteczkiem Chorzowem. Wówczas dopadł mnie dotkliwy śląski spleen - wilgoć zawitała nawet na poduszce, a wszelkie życie systematycznie rozmywało się na mokrych szybach. Tak długo nie mogliśmy zasnąć, że nazajutrz zaspaliśmy (!). 
Szybko ! Prysznic, aparat, buty, plecak, śniadanie w biegu...
O dziwo, od przedpołudnia dopingowało nas słońce.


Koncert nieśmiertelnej METALLICY na Stadionie Chorzowskim:



Chociaż Support do mnie nie przemawiał [kapele Mnemic i Machine Head grały w taki sposób, że trudno odróżniało się jeden utwór od drugiego, lecz - de gustibus non est disputandum !], kiedy falował 60-tysięczny tłum, czułam się niby piórko na wietrze ;}.

Bilet wstępu kosztował mnie - bagatela - 400 zł {cóż, za miejscówkę VIPowską słono się płaci}. 
Ale było warto, bo na żywo usłyszałam klasyki tkj "Ride the Lightining", "Harvester of sorrow",  "Unforgiven", "And Justice For All", "Sanitarium", "Nothing Else Matters", "Master of Puppets", "Enter Sandman" czy "Seek and Destroy":



A później działo się tak:

 


\oprawa pirotechniczna dosłownie powalała !\:


Natomiast poniżej migawki z międzynarodowego festiwalu SONISPHERE na warszawskim Lotnisku Bemowo
W tym roku - prócz METALLICY - zaprezentowali się także BLACK LABEL SOCIETY, ACID DRINKERS, HUNTER tudzież LUXTORPEDA:





Trochę prawdy z kolejnego, jesiennego występu.

Znów heavy-metalowymi ścieżkami przez patchworkowe tembry:
donośne brzmienia & "darcie ryja" w niebo głosy (hmm, nawet mój niepowścigniony optymizm wzbraniał się przed nazwaniem Tego Czegoś śpiewaniem) małopolskich zespołów amatorskich

(Pozdrawiam Adrian ! ;-):





Nie słysząc wewnętrznego Veto, wybieramy się w następną wędrówkę do krainy nut.
Tym razem zimowo-klasyczno-soulową w towarzystwie śmietankowej kawy oraz świec w piwnicy pod sceną bielskiego Teatru Polskiego:











W pubie można popróbować niepowtarzalnych drinków typu 'Fabrizzo Na Lotnisku' (Rum, Cola i proszę ja Ciebie... limonka ;), 'Hoo Doo' (Rum, Martini Rosso + sok jabłkowy), 'Krzysztof M.' (Śliwowica z Wiśniakiem), 'Mayday' (Gin, Creme de Cassis, Martini Bianco z pieprzem) bądź 'Margherita Czyli Bułhakow W Mexyku' (Teuqilla, Triple Sec, malina):

 


Z kolei przełom zimy/wiosny lekkim szromem na policzkach wyprowadza mnie w gorącą Bielską Zadymkę Jazzową organizowaną corocznie w ramach Lotos Jazz Festivalu przez Stowarzyszenie Sztuka & Teatr. 

Jest to impreza wpleciona w walory regionu, której ogromny atut stanowi finałowa Gala w Schronisku na Szyndzielni, gdzie uczestnicy wjeżdżają kolejką gondolową, a potem z pochodniami udają się pod scenę, aby wysłuchać koncertu.  

Zjawiskowa atmosfera oraz gwiazdy światowego jazzu z fantastycznym repertuarem przyjeżdżające na jedyne solówki w kraju --a często i na kontynencie-- to magnes przyciągający rzesze słuchaczy.
Poza tym podczas festiwalu odbywają się liczne happeningi, wystawy plakatu tudzież eventy multimedialne: 

 




;-D


I w tym momencie kończą się moje owacje nad powyższą "doliną łagodności". Jest niesamowicie wciągająca. I zdecydowanie trzeba ją kontemplować przez wiele, wiele wieczorów: 





Czemu mina rozpromieniona ?
Ma się rozumieć, zainspirowało mnie. A nawet ZAINSPIROWAŁO.

Nie, nie, piorunów nie było. Ale były; grad decybeli, deszcz emocji, powiew rozważań.
A ponad to nieziemskie obrazki - widząc je zatrzymywałam się i fotografowałam. Jak zwykle chciałam uchwycić wszystko pod powieką maleńkiego obiektywu. I choć nie do końca się udawało, niebawem pewnie znowu się odwrócę i pójdę na przód.

Pójdę obfotografowywać dalszą cząstkę świata...



11 września, 2011

Kamienny digart o Kamieniołomie.

SECRET GARDEN - 'Nocturne'




Trochę przepadłam w eterze, lecz w wakacje żyję w permanentnym niedoczasie, zaś spontaniczne podróże i szalone koncepty pozbawiają mnie dostępu do szklanego ekranu ;).
Nade wszystko jednak - praca. Praca, pRaCa, PRACA. Przy czym najkomiczniejsze jest to, że sama jestem swoją pracodawczynią ;-].


___

Długo rozmyślałam zeskakując z filozoficznej huśtawki, o czym by napisać w tym poście. Ale, jako że mimo wybicia daty 11.09., za oknem gorąc leje się z niebieskiego widnokręgu, będzie świetliście i zielono-żółciście.

A mianowicie - grillowy ;-> wypad do Kamieniołomu w podbielskiej wsi o wdzięcznej nazwie Kozy.


___
Wymieniona odkrywka kruszywa powstała w 1910 za sprawą ówczesnego właściciela ziemskiego, Mariana Czecza. Zainwestowano pokaźne kwoty w urządzenia mechaniczne typu tłuczarki, taśmociągi, silosy i maszyny wyładowcze. Zatrzymanie wydobycia nastąpiło w r. 1994, co wiązało się z osiągnięciem granic złoża oraz brakiem możliwości powiększenia terenu eksploatacji.

Obecnie są to obszary rekreacyjne. Półki skalne po byłych urobiskach bądź widoczne warstwy geologiczne stanowią pionierską lekcję geografii.


Na zaczątek taki minimalistyczny obrazek:



Hm, zatem cóż mi pozostało ?
Mogę wyłącznie notować, ilustrować, podglądać w zdumieniu, w niedowierzaniu - cudownie leśne rinascimento:
 

 
Zwiewnie i kwitnąco, jakiś magiczny czar 'pomiędzy'; jak gdyby w zawieszeniu między latem a latem.
Najlepiej chyba wybrać się na długoterminowy spacer... najlepiej w soczystą przeszłość.

Kopalniane zbocza:

 




Zbliżamy się do warstw ościennych Kamieniołomu:





Nie widać tego na fotce, lecz za tymi urwiskami rozpościera się jedynie nieograniczona bezdeń:



Poruszając się dzikimi ścieżkami można dotrzeć na Szlak Papieski, przełęcz U Panienki albo do Rezerwatu Zasolnica z ruinami osadnictwa łużyckiego sprzed 1000 lat p.n.e.

My tymczasem zmierzamy nad staw, do którego prowadzą efektowne latorośle:







Centralna str. dawnego wyrobiska w pełnej krasie:



Widoki z wierzchołka.
Wątła tafla wody odpoczywa wśród krzewiastych półcieni:



Dal więzi inną jeszcze scenerię => mikro-domki o białawych hełmach:



Powykręcany korzeń Trwania, niezliczone przepaści i statyczne uniesienie:









W kolekcji posiadam sporo fotografii z zachodów słońca, którymi pewnie nigdy nie zdążę się podzielić.
Te jednak koniecznie musicie obejrzeć:

 






Odrobina Afryki.
Tutaj również nie będę gasić światła, przyciemnię je tylko nieznacznie:





Prawda, że pięknie ?




05 września, 2011

Jarmarki Bożonarodzeniowe. Wiedeń nocą.


 



I znowóż na deser Wiedeń
Bo pomyślałam, że można by pokazać go jeszcze inaczej - w nocy. W czarnej sukience ciszy. Lub naprzemiennie -> w świetlanej osłonie z lamp.


Przekornie rozpoczniemy od tej drugiej.
Nigdy bowiem tamtejsza jasność nie jest tak intensywna jak podczas świąt, gdy nad ulicami wiszą sufity utworzone z ferii drobnych lampionów.
Ciężkawe żyrandole blasków zdają się opadać niżej, niżej i niżej... 
Raz za czas tylko płatki śniegu rozdzierają zasłonę chmur, po czym ukazuje się obojętny bezkres nieba:









Prawie jak w Tokio ;):

 


Już po pierwszych chwilach ma się odczucie, iż to jakieś kuriozum - i rzeczywiście !

Bo choć przyjemnie było onegdaj chadzać dróżkami surrealistycznego le hasard objectif, jest to już pokryta kurzem prehistoria i wieeeleee pokoleń przeszło od owego czasu przez majestatyczne pejzaże ujęte w postmodernistyczne nadbrzeża:



 

Cesarski Pałac doskonale wkomponuje się w nurt austriackiego 'Gesamtkunstwerk' tj. sztuki całościowej, w jakiej artysta prócz "obudowy" projektuje estetykę sal tworząc z elementów malarstwa ściennego, boazerii, umeblowania, kutych balustrad bądź części dekoratorskich jednostajny komplet. 
Olśniewający !:

 




Parlament na wzór greckiego Panteonu ze zdobioną attyką, wsparty na filarach -> konstrukcji tak ochoczo wykorzystywanej przez mężów Antyku, która pojawia się tutaj w niespotykanie oddanej kopii: 

 


I jedna z licznych bram: 



Elegancki fason Katedry w zestawieniu z nieregularnym odcieniem kamienia.
Mury bez makijażu nie udają teatralnych dekoracji, ich faktury są chropowate, niejednolite, nie-nudne:



Kto zgadnie, gdzie udamy się na następnej fotografii ? W prawo czy w lewo ?

Czy za głosem rozumu, ratio, w stronę dobrobytu lub też w stronę współczucia ?

Albo >nie wdając się w teologiczne dysputy, bo i po co zresztą< będziemy zmierzać prosto, gdzie w Kościele Św. Piotra puste przestrzenie, wytrawność Baroku i wybielone cegły [?]:







Czy może tam, gdzie rządzi kolor, krzyk oraz choinkowe ornamenty we wszystkich odcieniach palety ?:
 




Oto zagadka zaiste irracjonalna.

A którą wersję Wy wybralibyście ?

Chętnie poznałabym Waszą decyzję, ale... i tak będziemy musieli podążać moją trasą ;-).



Nieopodal Ratusza co roku wydziela się teren, na którym rozgrywają się huczne Jarmarki
Gęsta woń grzanych win unosi się i miksuje w siarczystym, grudniowym powietrzu:



Niżej pokazy taneczne z płonącymi pochodniami:



I znowu ucieczka od bombastycznego zgiełku.

Owalne sklepienia i geometryczne ciosania nadają architekturze wiedeńskiej prawdziwego szyku
[--> dopiero przeglądając te zdjęcia zdałam sobie sprawę, do jakiego stopnia są to spójne, mistrzowskie kompozycje].

Istny wir figur i brył:





Podcienie.

Widziałam sporo urzekających portretów przypór, przy jakich moje bledną albo całkiem giną - z jednym tylko wyjątkiem /już wiem, że w owym ujęciu odkryłam nową, włoską twarz Austrii/:

 

 
Podświetlony gmach Opery.  

Na jezdniach nawet o północy panuje nieokraszony ferwor:



 




Oraz sylwestrowe sztuczne ognie: