30 września, 2016

"Nad brzegiem RENU stali widzowie zdumieni, w słynny wodospad wsłuchani, zapatrzeni..."



Też tak macie, że czasem jakaś piosenka tak się Was uczepi, że nie chce odejść ? 
Ja właśnie przechodzę ów etap i od kilku dób męczę To:



- - -

* "Nad brzegiem Renu stali widzowie zdumieni, w słynny wodospad wsłuchani, zapatrzeni...

A dzień był letni, gorący, w upale; w blasku słońca stały pałace białe, 
ogrody kwietne, ulice ludne i drzewa rozłożyste.
Ren płynął wstęgą roztopionego srebra i po roztopionem srebrze,
z puszczonemi na wiatr pióropuszami dymów-olbrzymów
I nadpływały, i przepływały, i rozmijały, i turkotały nań statki wodne..."






Jak pewnie przypuszczacie - będzie niebiesko.
I łzawo. Łzawo od wodospadów. 
Bo rzecz rozgrywała się w obowiązkowym punkcie odwiedzin dla osób zamieszkujących rejony graniczne ze Szwajcarią (od nas to półtorej godziny jazdy).
Przyznam, że Szwajcaria jest dla mnie bardziej pociągającym krajem niźli Niemcy, tym bardziej, że im dalej w głąb, tym cudniejsze perełki . .


Punkt, o którym mowa stanowi największy w Europie spływ o nieskomplikowanej nazwie Rheinfall [czyli po prostu "Wodospad" ;-)]. Dotrzeć do niego prosto, ponieważ znajduje się nad przełomem Renu niedaleko centrum Neuhausen.
Powstawał on 14 - 17 tys. lat temu podczas Epoki Lodowcowej ostatecznie osiągając szerokość przeszło 150 m:



* "Z wysoka, z wysoka ogrom ten na wielką rzekę spada. 
Lecz nim spadnie, wody swe w powietrzu na przeźroczyste kryształy przerabia, 
budując z nich kolumny, wieżyce, zamczyska, 
puszcze kształtów w kryształ stężałych (...)

Z wysoka, z wysoka ogrom ten spada - i krzyczy. 
Z innych wiecznie cząstek te same wiecznie kształty budując 
szumem straszliwym, gwałtem piekielnym, 
krzykiem obłędnym przestrzeń od ziemi do nieba napełnia."



* "Wszystko jak alabaster białe, albo jak kryształ przezrocze; 
na wszystko piany śnieżyste kładą koronki królewskie, ciężkie i kwiaty wielkie, bajeczne. 
Naokół rozpyla się kurzawa wodna lekka, leciuchna, złotemi skierkami świecąca 
i przez kurzawę złotych skierek, w kolumny, w wieżyce, 
w zamczyska strzały słoneczne wstępują wręcz,
spalając tu i owdzie, wyżej i niżej fragmenty połamanych tęcz."



Woda opada z hukiem z 23 metrów na głębokość... oj, lepiej nie sprawdzać ;):



Za 10€ można podpłynąć łodzią pod samą kaskadę, skąd blaszane schodki poprowadzą nas na szczyt dwóch charakterystycznych słupów skalnych. 

Rozbryzgującą się o skały bryzę czuć z na każdym centymetrze skóry:







Lecz zanim i my wypłyniemy w rejs - spacer, bowiem wzdłuż progu rzecznego biegną Promenady z ławeczkami:



Stary Młyn:



Park na zboczu.
Zwiedzający mogą przy okazji nasycić oczy interaktywną wystawą "Historama":



Przystań, przy której cumują łodzie:





A w zielonkawej toni ławice ryb...



Tutaj wypijamy orzeźwiające piwo - swoją drogą wyświenite, dlatego warto zapamiętać markę:



Na prawym klifie góruje średniowieczny Zamek Laufen - i do niego teraz się udamy...



... przez malowniczy Most z czynną trakcją kolejową:





Na siatce zabezpieczającej tory wisi mnóstwo miłosnych kłódek. 
Małych, większych, czerwonych, różowych...





Powróćmy do zamku;
najstarsze wzmianki o warowni pochodzą z połowy IX wieku. 
Wielokrotnie zmieniała zarządców aż do momentu, gdy to w 1544 roku stała się własnością kantonu Zurych i doznała gruntownej przebudowy.


Obecnie zaspokaja tu nawet najbardziej wybredne gusta restauracja:



Sceneria Dziedzińca przypomina raczej werońskie niż średniowieczne uliczki:



No spójrzcie tylko... czyż to nie Italia ? ;):







Otwór-klucz - bliźniaczy z jak ten na siewierskim Zamku:



Kierujemy się do Kościoła Ewangelickiego:










Spoczynek na nietypowej ławce ;->:



Droga wsteczna. 

Rudości kontra granaty.
Gorąc serca, euforia oczu - oto fale wzburzonego władcy rzek, 1233-kilometrowego Renu:

* "Jakby dwa morza w przypływach przeciwległych łonami o siebie uderzały,
jakby dwa niebieskie globy ścierały się w boju śmiertelnym.
Szum, łoskot, grzmoty, zgiełk, gwizdania, bełko-turkoty rozełkane,
ryki bólów ponurych bez nadziei ani odpoczynku.
Jakiś gwałt rzeczy wściekłych, które od nieba do ziemi ścigają się i druzgocą -
jakaś nieśmiertelna męka rzeczy, które z piorunowym pędem w unicestwienie lecą."



* "Wodospad zaś piętrzył kryształy na alabastry, alabastry na kryształy
i grzmiał, szumiał, płakał, i dalej szalał
szalał nieśmiertelną męką rzeczy, jakie z piorunowym pędem w unicestwienie lecą."
(...)



Miejska fontanna:



PS:
Kiedy, no kiedy minęły te wakacje, pytam ?!?
Już końcówka września, a mi w duszy nadal pachnie morzami, jeziorami...


* - fragmenty zaczerpnięte z opowiadania Elizy Orzeszkowej pt "Z myśli wieczornych".




21 września, 2016

III. A tymczasem borem, lasem... -> WiOsNa.



Narodziny szwarcwaldzkiej Wiosny.
I kontynuacja mej zapalczywości w przemierzaniu coraz to nowych ścieżek.
Wszak bez przerwy muszę coś odkrywać. Muszę ? Chcę ? Chyba jedno i drugie - to taki rodzaj wewnętrznego przymusu. Niewymiernie sympatycznego.


Na jednej z takich ścieżek spotkałam Wiosnę.
A właściwie spotkałam ją już wcześniej tylko przez codzienną rutynę nie zdążyłam nacieszyć się jej nadejściem.
Wiosna jak wiosna. Natura jak natura ;). Aczkolwiek dla mnie to ogrom emocjonujących historii ! Zbudzenie ze snu życia, pierwsze oddechy, gorący puls w soczystych łodygach. Coś na kształt monetowskiej impresji.

Tegoroczna nosiła dla mnie oblicze idyllicznego Edenu -> zatem kolejny raz proszę nie zżymać się na nieprzyzwoitą liczbę fotografii, ponieważ to i tak minimum po dogłębnej, kilkustopniowej selekcji - bo mogłabym tak stać i obserwować, mogłabym patrzeć do niepowrotu, do niewyspania.
Niedoczekania:














































Wiosna bez przeszkód wcieliła się w swą rolę. 
Smugi promieni na elizejskich polach, kwiaty wszelkie kwitnące, dziesiątki zapachów ziół i samosiejek, czasem podstępnie atakujących nogi ;). Powygładzane gleby na przemian z pochyłymi liniami traw, zaś nad głowami szybujące sokoły.

Dominowały trzy barwy - zieleń, niebieski i biel (czyli tak jak lubię). 
One wystarczą, by oddać charakter i wypowiedzieć niewypowiedziane; by wyszlifować cudo tych miejsc, pustych zresztą bardzo -> można sobie co najwyżej wyobrazić, ile przez stulecia stóp przeszło przez owe dróżki, ile spojrzeń rzucono naprzód czy aby zza gór nie nadchodzi wróg...

Z ogromnym żarem przywodzą mi na myśl sielskie polskie krajowidoki => jakże mi tęskno do rodzimych stronic !!! :-(
Ale nic to, póki co trzeba zaakceptować sytuację i korzystać z bieżących dóbr. 
Szczególnie, że tutejsze diamenty też czasem pozwalają zapomnieć o tęsknocie przenosząc w odrębny wymiar.