26 czerwca, 2011

Pod powiekami Sudet.

DEAD CAN DANCE - 'The Host Of Seraphim'




Lawą zastygłą
wparty w ciszę nieba,
skałą i lodem
obrosły
aż do korzeni Matki Ziemi.
Wielki,
samotny,
groźny
żyje w Tobie
lawiną czyhającą.

W Tobie
się urodził,

a musi
być martwy...


[TRUDNY SZCZYT, B. Dobranowski]



Tym razem skoncentruję się nad polskimi perłami natury; górami. 
Bo jak zwykli co poniektórzy mawiać - łańcuchy górskie to ziemia garbata -> kalectwo. Lecz każde kalectwo ma w sobie coś nieprzeciętnego, coś, co każe się zastanowić:  
Skała syci się, karmi, napawa milczeniem. Oto kości od których odpadło mięso w ciągu przedhistorycznych stuleci   
/J. Kurek\.


Zatem rozpocznijmy.

Sudety Środkowe
Mogę próbować zobrazować je słownie, lecz nie znaleźć w tym monologu odbicia. Tak bywa, gdy chce się zamknąć przedmiot oczekiwania na kartce papieru. Ale może obraz z krótką tylko adnotacją przybliży je fortunniej ?

Zatem zacznijmy raz jeszcze.

Sudety Środkowe
W ich otulinie utworzono Park Narodowy Gór Stołowych.
Ów masyw został wypiętrzony przez skorupę ziemską przed trzydziestoma milionami lat. Skały magmowe, metamorficzne oraz osadowe tworzą tak zwaną mozaikową budowę tektoniczną. Powierzchnie z piaskowców ułożone są poziomo - stąd nazwa gór, bo płaskie jak stół. Nota bene nazwa ta doskonale odzwierciedla krajobraz, którego charakterystyczne elementy to rozległe zrównania i wznoszące się nad nimi ściany prostych stoliw. Erozyjna rzeźba czyni Góry Stołowe wyjątkowymi na skalę kontynentalną. 

I oczywiście roślinność:

 
















W parku bite dwie godziny wychodziliśmy 'NA' i schodziliśmy 'Z' 919-metrowego Szczelińca Wielkiego.
W drodze mijała nas masa głazów o różnakich kształtach, z jakich wyrastały bujne drzewostany. Przywodziło to w umyśle skojarzenie, jak gdyby owe posągi trwały w oplocie morskiej ośmiornicy. Ze zdumieniem podążaliśmy ukośnymi urwiskami podziwiając dziwne narosłości. Praktyczne wszystkie doczekały się jakiegoś miana; Wielbłąd, Słoń, Małpolud, Kwoka, Wielka Głowa Księżniczki Emilki...



"Ów szereg rozciąga się na 8 lub 9 mil angielskich, zaczyna i kończy tak nagle, że wygląda jak korona na większym od siebie szczycie" - tak o Szczelińcu pisał w listach John Quincy Adams.
Od tamtych czasów tereny te zaskakują wędrowców sekretami, jakie skrywają pod trenczem poszycia leśnego:








Wymieniany wcześniej Małpolud:





U samego wierzchołka usytuowany jest taras widokowy, na który prowadzą dziesiątki (a może setki ?) schodków.

Po wewnętrznej walce z patologicznym lękiem wysokości ujrzałam panoramiczny rys okolic.
W tym momencie nastąpiło przysłowiowe 5 minut dla fotoreporterów [a jakże !]:





Przebudzenie po majowym deszczu:

 


Konstelacje cienia i zieleni:



Zaś w górze -jak częstokroć u mnie- niezmącony błękit niebios:





Szliśmy i szliśmy... I wtedy Go ujrzałam ! 
Stał samotnie dominując nad horyzontem. Korę miał beżowo-kakaową, listki turkusowe, pościnane przez kłótnie wiatrów. On, samotny biały żagiel, przypominał z oddali miniaturowe drzewko Bonzai, o które przestano się troszczyć:

 


Przy schodzeniu natknęliśmy się na Piekiełko (inaczej - Kuchnię Diabła). 
I bynajmniej nie rozchodzi się o faktyczne piekło z Lucyferem na czele. W tym miejscu po prostu przejście ulega regularnemu przewężeniu w ramach pokuty za ludzkie występki toteż lepiej nie brać ze sobą monstrualnych bagaży, czego nawet ja ze swą ością sylwetką doświadczyłam:



Na koniec zachód, który idealnie wstrzela się w mój typ estetycznej wrażliwości:







20 czerwca, 2011

Moje spiskie wędrówki /PART IV - ost./.


 



Mam sentyment czytając "Sklepy cynamonowe", kiedy to kroczę myślami po promenadzie, do jakiej klucz zapisany jest w mglistej prozie Schulza. Owo miejsce już nie istnieje - jednak co to zmienia ? Najdoskonalsze zakamarki, te, w jakich czuję się niby u siebie, nie widnieją na mapach, lecz ukontentowane z doznań, rozpościerają się w niewypowiedzianą Atlantydę;
Mieszkaliśmy w jednym z tych domków o pustych i ślepych fasadach, które trudno od siebie odróżnić. Daje to powód do ustawicznych omyłek. Gdyż wszedłszy raz w niewłaściwą sień, dostawało się w labirynt obcych ganków, niespodzianych wyjść i zapominało o początkowym celu, ażeby potem, wracając z manowców splątanych przygód, przypomnieć sobie wśród wyrzutów sumienia dom.
[Bruno Schulz,
"Sklepy cynamonowe"]


I ja znów wracam z manowców zawiłych przygód. Moje tegotygodniowe ścieżki w dalszym ciągu prowadziły spiskimi alejkami. I często -> za często poprzez ołowiane od poświaty chmur korytarze. I jeszcze pod egidą Soleil Noir.



Za meritum podsumowujące słowiańskie wędrówki posłuży mi wyjazd w ramach Ogólnopolskiego Szkolenia Rezydentów:



Wyjazd, podczas którego na zakąskę zatrzymaliśmy się w majaczącym z Polską w okolicy Czerwonego Klasztoru, Kežmaroku, stanowiącego swoisty rezerwat Kotliny Popradzkiej.

Jego nazewnictwo pochodzi od niemieckiego wyrażenia "käsemarkt" i oznacza "targ serowy". 
Miasto może się poszczycić królewskim charakterem, jako że prawa miejskie otrzymało od samego Bela IV.
Siedem wieków istnienia pozostawiło mu obszerny zespół zabytkowy o urozmaiconym obliczu stylowym:





Gotycka Bazylika Św. Krzyża z wolno stojącą Dzwonnicą schwytane w jesiennym pomroku:



Kieżmarski Zamek z II poł. XV w.
Można tutaj spocząć na dziedzińcowych ławeczkach oraz posłuchać dworskiej muzyki będącej tłem dla kramów z bibelotami:

 


Kiedy tak przemieszczałam się lokalnymi zaułkami, przede mną przesuwały się kolejno obrazki powikłanej historii tego rejonu, współtworzonej przez Słowaków, Polaków, Niemców czy Węgrów.
Przyznam, że szukałam inspiracji w geniuszu planisty, który skonstruował tak logiczną siatkę dróg:



Stary Smokoviec - była to następna miejscówka, jakiej polecam zasmakować.
Mieliśmy w niej przyjemność obejrzeć luksusowy hotel, w którym meldował się szereg znamienitości sceny artystyczno-politycznej.
Dzienny wynajem apartamentu prezydenckiego to koszt rzędu kilku pensji naszej średniej krajowej:







W Smokovcu uwagę przyciągają bombastyczne wykończenia budownicze; do wyboru mamy jasne budowle w ciemną kratę albo ciemne budowle w jasne pasy:





W dalszej kolejności przenieśliśmy się w inskrypcje rodem z francuskich Alp czyli do narciarskiego centrum Štrbské Pleso z orczykami, wyciągami krzesełkowymi, torami saneczkowymi i zjeżdżalniami grawitacyjnymi.

Ja skupiłam się na uroku Jeziora Szczyrbskiego ze skocznią w oprawie.

Uczucie, jakby się przebywało w Krainie Czarów, gdzie fale kołyszą ciszę, bryza pieści policzki, a naszpikowana przesadną jaskrawością zieleń odrywa od rzeczywistości.
Rzecz bezdyskusyjna, przechodząc pełne stadium "ochów" i "achów" porobiłam upamiętniające fotografie:

 






Ukoronowaniem szkolenia okazały się desery lodowe w Liptowskim Mikulaszu.

Etymologii jego nazwy poszukuje się w imieniu duchownego patrona, Mikołaja (wcześniej zwano go Svatym Mikulaszem = Świętym Mikołajem).

Z ciekawostek nadmienię, iż w tamtejszym kościele więziono legendarnego bohatera, Janosika [hm, bohaterem to on do końca nie był, bo owszem - jak podają źródłostany - rabował kosztowności bogaczom, ale dla swoich kamratów]:

 


 

Następnie obraliśmy kurs na Trenčín leżący nad brzegami Wagu.
Po drodze obserwowałam interesujące wypiętrzenia geologicznych formacji. 


Jakaż w tym monstrualnym krajobrazie kryje się moc przyciągania, tak irracjonalna, że aż zapomina się o błogosławieństwach wiosny !:







Niżej posępny trenczyński Zamek, który w latach świetności pełnił strategiczny punkt obrony.
Aktualnie w twierdzy z basztami mieści się Muzeum:



A czy wiecie, że w Trenczynie prywatną posiadłość miała hrabina Elżbieta Batory, najsłynniejsza seryjna morderczyni Węgier ?:



Elżbieta, dziewczyna wielkiej urody, mając 6 lat, była świadkiem wydarzenia, które mogło mieć wpływ na jej zabójczą psychikę - jeden z Romów został oskarżony o sprzedanie swych dzieci Turkom. Egzekucję wykonano przez zaszycie skazanego w rozciętym brzuchu konia.
W młodości Ela często odwiedzała ciotkę Klarę, kobietę o skłonnościach lesbijskich, organizującą wyuzdane orgie. Możliwe, że to na nich poznała Dorotheę Szantes, jaka podsyciła sadyzm hrabiny.
Po śmierci męża (a było to prawdopodobnie otrucie) poznała niejaką Annę Darvulię, tajemniczą służkę, która stała się główną inspiratorką zbrodni. Pewnego dnia Elżbieta w złości tak mocno uderzyła Annę, aż krew z nosa ofiary odprysnęła na jej twarz. Batory spojrzawszy w lustro, zauważyła, jakoby zmarszczki stały się zamazane, mniej widoczne. Darvulia wykorzystała złudzenie, jakiemu uległa pani przekazując jej "starożytną mądrość": przez wyssanie komuś krwi można przejąć fizyczno-duchowe cechy tej osoby.
Od tej pory krwawe tortury stały się niemalże codziennością. Maltretowane pokojówki znikały jedna po drugiej. Według zeznań z późniejszego procesu, jedną z nich przyprowadzono do łoża chorej Elżbiety, a ta rzekomo zaczęła pożerać ją żywcem:







Zbliżenie na Centrum. 
Tkwi tu coś z praskich pejzaży. A nade wszystko wtóruje senna idylla:






To już kres mej apologii o słowackich przestworzach.

Przez ostatnie dni porywisty wicher przemienił słoneczny raj w deszczowy, szkocki miraż. Mimo tego wszystkie ujęcia pozostawiłam au naturel, nie ma w nich korektorskiej ingerencji.

Zatem - pozdrowienia w odcieniach szarości oraz brązów ! 
I do ponownego zczytania !