17 października, 2017

Strasburg - serce pojednanej Europy.



Miasto położone na Renie
Dosłownie, bo wzdłuż i wszerz przepływają wodne nurty poprzeplatane niezliczonymi kanałami.
Miasto żwawe, pstrokate i dynamiczne.
Po francusku zwane Strasbourg, po niemiecku Straßburg, a po polsku - Strasburg.
Niegdysiejsza scena toczonych sporów zbrojnych, aktualnie symbol jedności, otwartości.

W przeszłości nosiło przydomek "Miasta tysiąca kościołów", obecnie stanowi stolicę Alzacji.
Założone w 12 roku p.n.e. było i osadą celtycką, i częścią składową państwa Franków; miało też epizod niemiecki. Oficjalnie do Francji zostało przyłączone przez Ludwika XIV w roku 1681.



Tak na prawdę mieliśmy okazję zobaczyć tylko ułamek sztrasburskich wykwintności. Zbyt mało czasu, a za dużo deszczu ;-).


Ale do rzeczy:
najbardziej uczęszczana jest eliptyczna Wyspa Grande  Île z historyczną dzielnicą Petite France oraz osławionym Place Kléber
Całą tę spuściznę w roku 1988 wpisano na Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO:



Na wyspie obejrzymy krocie wypieszczonych, ponad stuletnich zabudowań o szachulcowych elewacjach, w okresie letnim dodatkowo ukwieconych pelargoniami:









To właśnie tutaj działał Gutenberg z Moguncji, twórca przemysłowej metody druku. 
Dzięki niemu w drugiej połowie 15 wieku pojawiły się pierwsze wydawnictwa:



Dziwaczna fontanna z wykorzystaniem pozostałości muru z cegły pruskiej:





Marka, dla której sto lat temu ;) pracowałam:



Ach wystawy, wystawy...







Niestety z uwagi na niespokojną sytuację migracyjną i zagrożenia atakami terrorystycznymi, w państwie utrzymywany jest stan wyjątkowy :-/:



Place de la Cathédrale czyli Plac Katedralny.
Najznamienitszy jego zabytek to oczywiście rzymskokatolicka Cathédrale Notre-Dame
świątynia z dwunawowym transeptem i półkolistą absydą, wykonana z różowego piaskowca (rozpoczęcie budowy przez Erwina von Steinbacha szacuje się na r. 1176, zaś zakończenie na 1439). Katedra słynie z niezwykle wyrafinowanej, koronkowej fasady gotyckiej - mimo iż pierwotnie zaczęto nadawać jej smaku romańskiego. 
Wieża kościelna przez ponad 2 stulecia uchodziła za najwyższą w świecie. 
Na wys. 66 metrów znajduje się platforma widokowa, na jaką dotrzemy pokonując 300 stopni:





Jak już nadmieniłam, po upadku kraju w 1940 metropolię przyłączono do Rzeszy i poddano zakrojonej na szeroką skalę germanizacji (z tego tytułu po dziś dzień nazwy ulic podawane są w dwóch językach). 
Elementem sporu stała się również bazylika, w jakiej Niemcy pragnęli uczynić swoiste sanktuarium narodowego socjalizmu:





Wnętrze ma 103 m długości oraz 41 szerokości.
Najstarszym elementem jest Krypta pod Prezbiterium.
Moją uwagę najbardziej przykuły freski, witraże, prospekt organowy, ambona z XV wieku, jak również Filar Aniołów (Piler des Anges) i osiemnastometrowy Zegar Astronomiczny, skonstruowany wiek później:











Następny Kościół - Sant Pierre le Jeune:







Mosty, bardzo dużo mostów:







Na Placu Uniwersyteckim tj Place de l'Université wznosi się naczelny gmach Uniwersytetu Palais Universitaire. 
Utrzymany w pięknym stylu architektury wilhelmińskiego okresu Strasburga (1884) początkowo pełnił rolę Protestanckiej Szkoły Humanistycznej

W jego zasięgu mieści się Muzeum szczycące się obszerną kolekcją ptaków, uczelniany Ogród Botaniczny oraz Obserwatorium:



Jak na Ambasadę Rosyjską przystało-> carska dostojność i obowiązkowa obecność kutych bram ze złotymi detalami:



Park:







Odbudowywane po bombardowaniach alianckich miasto stopniowo stawało się symbolem pojednania francusko-niemieckiego oraz jednoczenia kontynentu.
Dlatego właśnie tu usytuowano Europejski Trybunał Praw Człowieka, Radę Europy, a także Parlament Europejski.

Dzielnica z tymi instytucjami zlokalizowana jest 3 km od Rynku głównego, a ściślej - przy skrzyżowaniu kanału łączącego Ren z Marną (Canal de la Marne au Rhin):





Szklany budynek siedziby Rady znany jako Palais de l'Europe, zaprojektowany przez Henry'ego Bernarda w 1977 roku:





Z kolei na przeciwległym brzegu butnie pręży szyję kolisty Parlement, w którym odbywają się posiedzenia plenarne:



A tymczasem tętniące życie w centrum z wolna zmierzcha...





Godzina powrotu.
Zatem gdzie się znajdujemy ? 
Rzecz jasna, w okolicy najistotniejszego węzła komunikacyjnego czyli przy oszklonym Dworcu Kolejowym:









30 czerwca, 2017

1. Przez krainę gór i jezior...

Podładowawszy akumulatory czterodniową wizytą u chrzestnej w słonecznej Italii usiadam właśnie przed laptopem i przecieram szmatką ciepłe wciąż wspominki; nim wszystko wygaśnie, wystygnie, nim wystygną emocje...


A wpis dotyczyć będzie alpejskich plenerów oglądanych podczas jazdy autostradą.
Pisałam już o nich w Italiano Trip (1) -> alpejskie mariaże z autostrady, aczkolwiek tym razem siedmiogodzinna podróż wiodła przez cudną krainę jezior, Szwajcarię, czego nie mogłabym omieszkać skomentować.
Trasę podzieliłam na dwie połówki - pierwszą stanowi świat wodny, a drugą górski.

No to przekręcam kluczyk w stacyjce i wyruszamy...



Po pierwsze i najistotniejsze - trzeba się zaopatrzyć się w winietę wartą 40 Franków (na szczęście z roczną datą ważności).
Dokonujemy tego w granicznym punkcie celnym.



Na początek Zugersee o powierzchni 38 km2 i głębokości 198 m.

Kwiecie roztaczające wonie w upalnym słońcu, trzaskające kłosy, brzęczące owady - tak właśnie grał mi tegoroczny czerwiec:



Toń w kolorze turkusów (a im więcej minerałów, tym więcej turkusu):




Szafiry i kobalty:



Powyżej to już Jezioro Czterech Kantonów czyli Vierwaldstättersee.
Jego powierzchnia wynosi 114 kilometrów kwadratowych, co czyni go czwartym największym zbiornikiem kraju.
Nazewnictwo wzięło początek od najstarszych kantonów tj Uri, Schwyz Unterwalden, które założyły Konfederację Szwajcarską w trakcie legendarnego ślubowania na łączce Rütti w 1291 roku. Jako ostatni doszła Lucerna.


Fascynujący musi być rejs statkiem salonowym:





I ponownie kobalty...



Do tego nieco fiordowe fale połączone oliwkową fastrygą.

Czas na jakiś czas ;) uległ zatrzymaniu...



... bowiem przez większość drogi autostradę A4/E41 dzieliła od jeziora wyłącznie barierka:




Korzystając z okazji pokażę jeszcze jeden bajeczny akwen łączący Szwajcarię z Italią --> Lago Di Lugano o powierzchni blisko 49 km i głębokości 288 m.

Temperatura z odczuwalnych 30 stopni wzrosła do 45-ciu :O:










Na pożegnanie taka oto migawka:



Po około dwóch godzinach jazdy zaczęły nas otaczać trójwymiarowe masywy.
Do prawdy kręciło się w głowie od falujących arrasów, mieszały się minuty, dni i przestrzenie. Gdzie nie gdzie z gór spływały kaskady wód, gdzie indziej zalegał śnieg.

Być może trochę pensjonarskie te moje zachwyty, lecz nie potrafię inaczej widząc podobne dary natury:












Skaliste Alpy wyrosły przed nami nagle, niby pokaz przeistoczenia motyla w przyśpieszeniu:






Jechaliśmy, a cudotwórcza sielanka trwała sobie i trwała.. Uczucia, jasne plamy, zaciemnienia, nieostrość.
Oczywiście moje fotografie nie oddają alpejskiej urody nawet w najmniejszym stopniu. Musicie mi wierzyć na słowo ;-):



Zbliżenia niczym z kinowego hitu "Everest" (którego zresztą oglądałam już ze cztery razy i za każdym chwytał mnie za serce):









Powszechnie wiadomo, iż skała nie zawsze bywa popielato-szara. Podobnież jak zaorana gleba nie musi być czarnoziemem, a może mienić domieszkami brązów czy ochry - i tu doskonale rozumiem sławetnego malarza, jaki rozbił namiot na stepie, aby co dnia o brzasku wpatrywać się w niskie, słońce rozświetlające trywialne wiejskie prace. 
Ponoć na jakiś czas utracił potem wzrok:












Jedna z malowniczych miejscowości leżących u podnóży:



Natomiast przed granicą włoską wjeżdża się w 17-kilometrowy :O Tunel Gottharda, z którego wyjeżdżamy już na terytorium Włoch
(i tutaj wyjątkowo kiepskie zdjęcie, ale nie posiadam innego):




PS:
Tak się złożyło, że półtora miesiąca później znowu wyjechaliśmy na urlop do chrzestnej :-D
- tym razem trakt wiódł nie przez tunel, lecz przez San Bernardino
Jazda dłuższa o 40 minut, ale za to jakie widoki (!), bowiem szlak komunikacyjny ciągnie się bezpośrednio przez wzniesienia Alp ;):












Tuż przy najwyższych partiach...