15 lipca, 2014

Wspomnienie irlandzkiego lata.







Dawno nie zaglądałam na bloga (ślub, ślub, ślub... ;P), aczkolwiek na dowód, że jeszcze oddycham, udostępnię skromny pokaz slajdów -> w dzisiejszym wydaniu będzie szczypta Irlandii.

Na pytanie skąd się tam wzięłam, musimy cofnąć się do roku Anno Domini 2004', kiedy to będąc jeszcze studentką wyjechałam na wakacyjną pracę.


Było fiordowo...







Fiordowo...







Przede wszystkim fiordowo.

I wietrznie, i słonecznie... I pochmurnie, i deszczowo...



W wielu miej­scach morze ocie­rało się o skały falami się­ga­ją­cymi kil­ku­nastu me­trów:






Irlandzkie fiordy to wymarzone miejsce dla wspinaczy 
[dostrzegacie te czerwone punkciki ? To koledzy uwielbiający wszelkie sporty ekstremalne :). 
PS: 
widzicie jak tam wysoko ???...]:



A niżej okazały Park, jakich na "Zielonej Wyspie" nie brak:






















Niemal każdy kawałek naznaczony był podróżą przez jakąś opowieść.
Na przykład taką ;-P:



Albo taką... ;)



Hm, i w ten oto sposób znaleźliśmy się na mecie expresowego przeglądu wyspiarskiej tkanki. 
Tkanki, która jednak na zawsze pozostawiła ślad w zaoranym, melancholijnym sercu...



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

WSTAW KOMENTARZ: