27 października, 2016

Hochenzollern Berg.


Hallo, hallo !

Wiem, wiem, wspominałam o tym ze sto razy, ale tygodnie mijają błyskawicznie, a moje blogowe zaległości sięgają już Saturna ;). 
Toteż -podładowawszy akumulatory mocną kawą- nadrabiam co nieco chociażby w ułamku procenta następnym udanym wypadem.
W niniejszej opowieści będzie to wypad na zamek. I to nie byle jaki, bo Zamek Hochenzollernów butnie spoglądający z obrzeży Hechingen


No to zaczynamy !


Po 40-minutowej jeździe w pierwszej kolejności pozdrawiają nas urodziwe pola i rozłogi:



W drugiej - mocny punkt owego geometrycznego wycinka przestrzeni czyli 855-metrowe wzniesienie zwane w tutejszej gwarze "Zollern".
A na nim zamczysko:





Wiedzie do niego stroma dróżka, pełna o tej porze opadłych orzechów, z niezliczonymi schodkami, po jakich chadzali niemieccy królowie:



Poniżej wycinek budowli od frontu głównego - a to z powodu, iż całe wejście, przy którym znajduje się Kasa (btw, cena za wejście to 12 E) jawi się niczym kretowisko: są i Niemcy, Arabowie, Polacy i Rosjanie, a nade wszystko dominują niscy Japończycy z białych kapelusikach:



No i teraz zagadka (nie specjalnie zagadkowa) -> wpatruję się w pewne wrota. 
Otóż: czy wejdę do środka ? ;-):



I odpowiedź - naturalnie ;-):



Pierwszy kształt budowli nadano w roku 1267, natomiast kolejny - już w formacie twierdzy - w 1454. Początkowo znajdowała się w rękach Habsburgów, co trwało aż do zakończenia okupacji austriackiej. Myśl odbudowy według nowego wzorca odnoszącego się do ideału średniowiecznej warowni podjął w 1819 król Fryderyk Wilhelm IV. 
Z tego tytułu Hochenzollern Berg uosabia swoisty przejaw romantycznego ducha zaprzeszłych czasów; wynik polityki władców Prus, jacy chcieli w ten sposób ukazać wielkość swych przodków. To też przykład historyzmu idei budowniczej jak w przypadku bawarskiego Neuschwanstein, jednakże bez całej tej fantastyczno-bajkowej otoczki:







Warto wiedzieć, iż w r. 1979 został dotkliwie uszkodzony przez trzęsienie ziemi, a prace konserwatorskie niektórych elementów trwają po dziś dzień:





Mimo okazałych rozmiarów wnętrza w dużej mierze składają się z odkrytych murów i korytarzy -  > wbrew pozorom nie tak wiele tu zamkniętych pomieszczeń:





I zrzutka na trasę, którą właśnie przeszliśmy:



Panorama pięknie oddająca falistość górskiego landu, który zamieszkuję. 
To jest coś, co w tym kraju lubię, a zarazem nienawidzę - odległości. Wszędzie daleko, bo miejscowości zazwyczaj oddziela od siebie co najmniej kilka kilometrów:







Widnokręg z góry => mozaika kwadratów, prostokątów i trójkątów.
Tkwi w niej coś niezwykłego, antagonistycznego, jakaś ruchoma statyczność:













Wzdłuż ścian poustawiano kamienne posągi najznamienitszych członków rodu Wilhelmów w teatralnych pozach:









Dziedziniec:





Kaplica:



Chryzantemowo-złoty sufit stanowiący wspaniały wykrzyknik barokowego wnętrza, w którym się znajdujemy:



W dalszej części przemierzamy parę udostępnionych do zwiedzania komnat, przy czym kustosze obuwają nas w ogromniaste, szpetne papucie, co byśmy nie pobrudzili zabytkowych, śliskich podłóg:









Nadchodzi popołudnie, a wraz z nim oślepiające słońce - i tylko czasu za mało (niestety), by móc wrócić i od nowa popstrykać fotki, tym razem zalane jaskrawym światłem.

Po/mrok przeistoczony w Świa/tłok:



Stąd był początek naszego zwiedzania i tutaj powracamy. 
I znowuż stroma ścieżka w dół, schody i potykanie się o opadłe orzechy włoskie (nie licząc paru dżentelmenów popijających w zaroślach absynt /żeby pozostać w baudelaire'owskiej konwencji ;)/. Aczkolwiek nie poetyzujmy nadmiernie ;-).


Trzymajcie się ciepło w ten zimny październik !




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

WSTAW KOMENTARZ: