21 kwietnia, 2011

Przystanek ČESKÝ TĚŠÍN.

VIII STOLETI - 'Elizabeth'




Powroty w odwiedzane już wcześniej zakątki, retrospekcje pod innym kątem mają to do siebie, że zapomina się o bieżących rozterkach.
Wszak nie znam lepszego lekarstwa na przyziemne smutki aniżeli ruch na żeśkim powietrzu połączony z kontemplacją. Kontemplacją rzeczy martwych acz bijących tętnem czyjegoś geniuszu.  

Tak też i tym razem wyszłam ze swoim kompanem aparatem poza 4 ściany własnej pustelni.

A poszło mi się do Cieszyna. Bo ślicznie. Bo niedaleko.
Poza tym miasto obrazuje ciekawe zjawisko koegzystencji mieszkańców południowych kresów - Polaków oraz Czechów.
Warto przy tym nadmienić, że do czasu wprowadzenia postanowień układu z Schengen (12.2007 r.) było tam zlokalizowane największe przejście graniczne, jeśli brać pod lupę właśnie południe Polski:



Z nazwą nadolziańskiego miasta wiąże się intrygująca opowieść.
A mianowicie w dalekiej przeszłości gdzieś na słowiańskiej ziemi stał drewniany gród, stanowiący siedzibę księcia Leszka. Jego dumą byli synowie - Bolko, Leszko i Cieszko. Mijały wiosny. Trzej nierozłączni psotnicy rośli na wprawnych myśliwych. Aż pewnej nocy książę nie mogąc zasnąć, udał się na wieżę zamku, żeby zaczerpnąć świeżego powietrza. Widok bezgwiezdnego nieba i szum wiatru kołyszącego nieprzebytą gęstwinę okolicznej puszczy napełniły władykę spokojem. Wtem na nieboskłonie zamigotały 3 skrzące się gwiazdy. Przypatrując się uważnie punktom, władca pomyślał o swych synach. "Trzy gwiazdy - tak jak oni trzej. Może wskazują im kierunek przyszłości...?" Skoro świt nakazał każdemu udać się w tamtą str. z własnym orkanem, lecz i z zastrzeżeniem, by każdy z nich obrał odrębną ścieżkę. Tak też uczynili. Wędrując dalej i dalej rodzeństwo co wieczór próbowało się przywołać grając na rogach. Bez odzewu. Przemijały miesiące. Gdy nagle przypadkiem zetknęli się z sobą Bolko i Leszko. Szczęściu nie było końca. Odtąd razem wyczekiwali ostatniego z braci. Pewnego dnia usłyszeli ogłuszający tętent koni. "Wróg czy swój ?", zastanawiali się. Wówczas jadący na przodzie zeskoczył z konia i zbliżył się do obozujących. Jego śmiech i gromkie powitanie wydały się dziwnie znajome. Wtedy wszyscy zorientowali się, iż przybysz to nie kto inny jak Cieszko. Bracia wprost nie posiadali się z radości. Wszyscy słuchali opowieści Cieszka o górzystych krainach, które przemierzał ze swą drużyną. Rano Leszko przemówił w imieniu pozostałych tymi słowy: "Na wieczną pamiątkę szczęśliwego spotkania zbudujemy na tym oto wzgórzu grodzisko, które nazwiemy Cieszynem, jako że z naszego spotkania wszyscy się ogromnie cieszymy".


I jam jes rada, że powstał gród ;-]:





Jest takie romantyczne miejsce poniżej Studni Trzech Braci.
...
Wiecie już ? 
Mowa, rzecz jasna, o Wenecji.
Niewymownie urokliwej:











Niemniej mocne wrażenie wywiera Starówka:



 




I Wzgórze Zamkowe z 11-wieczną Rotundą Św. Mikołaja i 14-w. Wieżą Piastowską:








A tu odrobina luksusu na co dzień...
\photo z drugich odwiedzin. Albo z trzecich...? ;)/
 


... oraz tradycyjnie śląskie pierożki :-}



Smaczny kąsek dla koneserów piwa:

 


Cennym doznaniem jest kontakt z cieszyńską przyrodą. Mam tu na myśli Rezerwat nad Olzą.
Na jego obszarze znajduje się jaskinia zwana Ondraszkową Dziurą

Apropos - Anglicy mają swojego Robin Hooda, tatrzańscy górale Janosika, z kolei za najsłynniejszego beskidzkiego harnasia uchodzi Ondraszek -> autentyczna postać zuchwałego zbójnika.
Zgoła inaczej wyglądają jednak jego dzieje w miejscowej tradycji. Lud włożył w mity o nim swoje tęsknoty i marzenia o herosie, który to zabierał bogatym dając biednym. 

Spośród licznych podań o herszcie najbardziej adekwatne wydało mi się poniższe:
 
"Kiedyś Ondraszek poszedł na targ do Cieszyna
Przy jednym ze straganów awanturowała się z wychudłym staruszkiem jędzowata handlarka.
- O co chodzi ? - spytał zbójnik.
- Ośmielił się prosić o jajko, choć złamanego grosza przy duszy nie ma ! - zaterkotała baba.
- Ale za to ja mam pieniądze ! - rzekł Ondraszek i pokazał przekupce sakiewkę poczym kupił parę jajek, kazał się zbliżyć staruszkowi i wręczył mu kubek:
- Stłuczmy je, by się przekonać czy są świeże.
Jak powiedział, tak zrobił. Za każdym razem, kiedy wlewała się do cynowego kubka zawartość jajka, coś stukało o dno.
- Złote dukaty ! - krzyknął ze zdumieniem staruszek. 
- Mam w kubku srebrne dukaty !
- Rzeczywiście - potwierdził Ondraszek. A zwracając się do przekupki, spytał:
- Ileż byście babko chcieli za te wszystkie jaja na straganie ?
Handlarka wyrwała staruszkowi z rąk kubek, a zobaczywszy na dnie złote krążki, wzięła ze straganu następne jajko i stłukła. Ale pieniądza w nim nie było. Brała więc po kolei jajko za jajkiem, aż do ostatniego. Gdy skończyła, nieopodal kramu leżała sterta skorupek, wymieszana z gigantycznym 'koglem-moglem'.
Na twarzy skąpej kobiety malowała się pomieszana ze wstydem wściekłość. Szybko opuściła targ, a obserwujący zajście ludzie gratulowali Ondraszkowi pomysłu."









... Ogrody opuściły swoje drzewa,
i szare domki znad rzeki spłynęły...




Te same gwiazdy
wyszeptały wieczór jak zwierzenie...




 A w niskich brzegach wśród olch płynął żal...



I tymi jesiennymi cytatami z Przybosia kończę swą wędrówkę. 
Czy wrócę znowóż ? Zapewne. 
Niech tylko zima otuli nas puchowym płaszczem, a słońce spojrzy z niższej perspektywy...