30 sierpnia, 2015

'Ewangelizacja w Beskidach' - odcinek 3.







Urodziłam się za późno - zawsze to powtarzam. 
Z jakiego powodu ? 
Bo większość przyrody zdążyła naruszyć już człowiecza ręka. Ręka zachłanności, niezaspokojenia. Coraz trudniej wyszukać w miarę wykazujące chwiejną równowagę, nie skażone zakątki.
Jedynie góry - one póki co stanowią azyl. 
Jedno po drugim otwierają swe przestworza, pola, ekspozycje. Tajemnicze pomruki łysawych iglaków i enigmatyczne westchnienia. 


Wyświetlmy zatem następny odcinek Ewangelizacji; wyrwaną kartkę z pamiętnika, ale znalezioną nie w Saragossie, lecz w polsko-słowackim ;) Beskidzie
Zawarta w niej defilada pejzaży z Pilska trochę przywodzi mi na myśl anachroniczną konstrukcję powieści szkatułkowej - powieści w opowieści, taką miniaturkową skrzyneczkę:





No to teraz zabieram Was na foto-spacer.

Wyjście nastąpiło po ósmej rano od Jeleśni:







Doceniam dwukolorowe kadry, gdyż dają pole imaginacji. 
Dzięki nim dostrzegam wielość czerni i bieli, kiedy do głosu dochodzą poukrywane odcienie:



Są to, rzecz jasna, ujęcia bez jakichkolwiek ambicji.
No może poza jedną - oddać dzień, jakim istotnie był, choć nie do końca obiektywnie.
A było właśnie tak, że fotografując górzyste skrawki, tu i ówdzie czułam impuls, żeby spróbować ująć je w taki, a nie inny sposób - w czerni, bieli, sepii, z rozmazaniem lub krosując... 
W zależności jak coś wtedy postrzegałam - wszak każda z płaszczyzn dawała inną wizję, inny światłocień pod innym kątem.

Natomiast wszystkie razem tworzyły spójny obraz Beskidu:

 




Marszowe dywagacje to wspaniały wynalazek. 
Czasami burdel skojarzeń, innym zaś razem można je równo poukładać, zdystansować się. 
Im większe zmęczenie, tym większe wyciszenie.
Sprzężenie stałości z przygodowym trybem życia - oto co mnie nakręca:









Po 2,5 h drogi po stromym Szlaku Żółtym w 30-stopniowym gorącu dosz... doczłapałam (tak, to bardziej odpowiednie wyrażenie ;P) do Schroniska...







... aby napić się herbaty z cytryną -> najprzyjemniejszej po ruchowym wysiłku:





Po 11-stej pierzaste kłęby przegonił wiatr i niebo przeistoczyło się w chabrowe płótno:





Hala Miziowa & Góra Pięciu Kopców.

Wyjście męczące, bo raz- odsłonięte, dwa- strome, a po trzy- spore odcinki pokonuje się po rumoszu skalnym.
No i widoki niestety przyćmione niskim już, sierpniowym słońcem:



Pomimo tego chyba nikogo nie muszę przekonywać, że ja - miłośniczka artystycznych portretów, barwnych refleksów i roztopionej kubadury - znalazłam się w prywatnym, efemerycznym raju 
/Des paradis artificiels wszak istnieją i mają się w porządku ;)\:





Hm, przechodziłam tędy już niegdyś i widziałam, widziałam oczywiście, tylko nie wiedziałam jeszcze dokładnie, że stając Tu wcale nie zdobywa się szczytu jak błędnie przekonują tablice czy niektóre publikacje - do szczytu jeszcze kwadrans dróżką wzdłuż bujnej kosodrzewiny, przy czym wchodzimy powoli na terytorium Słowacji:







I kulminacja Pilska - ta poprawnie geograficzna ;):



Góra mierzy 1557 m i według regionalizacji należy pod Oravské Beskydy.

Wyróżnia się kilka teorii dotyczących etymologii jej nazwy. 
Może ona pochodzić od nazwiska właściciela podszczytowej hali, Piela. Może też wywodzić się od dawnego określenia tutejszego "piłowania" tj pozyskiwania drewna. Ludowy przekaz wiąże nazwę z "opijaniem" zbójników biwakujących na górze (taką wersję podał wójt Żywca A. Komoniecki w swoim "Dziejopisie żywieckim"). Siemionow uważał z kolei, iż nazewnictwo stanowi zniekształcenie słowackiej nazwy Polski - Poľsko:



Ołtarz polowy:





Kotlina Orawska:





Po Mszy oraz półtoragodzinnym leżakowaniu na kocu wróciliśmy do Schroniska, jako że Ślubnemu zamarzyła się biała kawa.

Tym razem wybraliśmy zejście prawą stroną, wzdłuż której biegnie Ścieżka Edukacyjna - w końcowych akordach dosyć ekstremalna przez pochyłe spady nad przepaściami:



Trzeba jednocześnie uważać na wijące się korzenie i nagłe obniżenia:







Mogiła Żołnierza:





Mijałam poschłe konary, buczyny, jaszczurki, ptaki - ba ! - mijałam całą ptasią kompanię (ależ ona pięknie śpiewała !). I to wszystko współgrało ze sobą, to przemieszanie gatunków, zmienne układy sił, podlatywanie, przefruwanie, wygrzewanie się na kamieniach.
Od czasu do czasu słyszałam szmer płoszonej zwierzyny, gdzie zarośla falowały od krańca do krańca. Potem znowu nastawała głusza. Natura przyjmowała wszystkie stany skupienia - lotne, płynne, a na nich wspierał się chybotliwie ląd stały - Ja, Homo Sapiens:





I wytęskniona kawa
(był jeszcze grillowany karczek - POLECAM oraz pieczona kiełbaska - ODRADZAM):



Gdy na zegarku wybiła 16:30, udaliśmy się w drogę powrotną /tą samą trasą/.

Uważny czytelnik z pewnością domyśli się, że ponownie zajęły mnie efekty ;-):





1 komentarz:

  1. Kolejny Twój piękny fotoreportaż. Zawsze z wielką przyjemnością oglądam Twoje zdjęcia i czytam co napisałaś. Niech żałują Ci, co tu nie zajrzeli :)

    OdpowiedzUsuń

WSTAW KOMENTARZ: